Dzisiaj jest 25 maja 2017 r. Strefa XIV LO im. St. Staszica

Wybrane artykuły z wydań Staszic Kuriera

Kategoria Wywiady.
Wywiady: Innowacyjny kwiaciarz
Jakub Mrożek, dodano: 28 października 2011 r. w kategorii: Wywiady

Czy w liceum można zajmować się prowadzeniem firmy z prawdziwego zdarzenia? Czy można godzić naukę w szkole ze zdobywaniem realnego doświadczenia biznesowego? Nawet jeśli – czy w Staszicu jest to możliwe? Okazuje się, że tak – przeprowadziliśmy wywiad z Maksymilianem Pachuckim, obecnie uczniem klasy IIIe, który już na początku drugiej klasy założył swoją pierwszą spółkę.

SK: Jak samopoczucie?
Maksymilian Pachucki:  Nie lubię takich pytań. <uśmiech> Bardzo dobre. Rano dopiero co wstałem, przyjechałem do szkoły, ale mam bardzo dobre samopoczucie.

Słyszałem, że w drugiej klasie założyłeś firmę. Czym się właściwie zajmowałeś?
Był to import takiego produktu… Słyszałeś o kwiatach świecących w ciemności?

Nie, tyle, co od Ciebie.
W ogóle o czymś takim?

Nie.
Razem z kolegą postanowiliśmy sprowadzić do Polski, ogólnie do Europy, taki produkt, który zmuszał kwiaty do świecenia w ciemności. Na początku chcieliśmy coś takiego wyprodukować sami, ale znaleźliśmy fabrykę w okolicach Kazachstanu, a dokładnie w Rosji, niedaleko Nowosybirska, która miała to w asortymencie.

Jak zaczynaliście?
Kiedy otwieraliśmy biznes, nie mieliśmy w ogóle doświadczenia, jedynie wiedzę książkową. Mieliśmy 17 lat, więc nie mogliśmy założyć niczego na własną rękę. Ale uwaga – nie będąc pełnoletnim możesz otworzyć firmę – wystarczy się dogadać. Ojciec mojego kolegi, a właściwie przyjaciela, miał parę aptek, zielarnię, coś takiego. Zgodził się podłączyć naszą działalność do swojej spółki. Wyglądało to tak, że odkupił od nas 10% udziałów, dał nam za to kilka koła, a my dołożyliśmy się po kilka koła. Tak utworzyliśmy pewien kapitał, aby sprowadzić pierwszą partię materiału.
Oczywiście fabryka nic ci nie wyprodukuje za darmo. Nie możesz zamówić raz towaru. Jeśli zamówisz go raz, to fabryka, aby go wyprodukować, musi zatrudnić ludzi, którzy tylko na tym się skoncentrują. Jednorazowa sprawa ich nie interesuje. Oni chcą, abyś kupował od nich co miesiąc, potrzebują regularnych zamówień. Żeby się zabezpieczyć, proszą o podpisanie umowy. My wykupiliśmy licencję, pozwalającą nam na kupowanie od nich po cenach hurtowych. Oprócz tego podpisaliśmy lojalkę, dzięki której ta fabryka sprzedaje tylko i wyłącznie nam na terenie Polski. To był chyba największy jednorazowy koszt – około pięciu tysięcy złotych.

Dlaczego się nie udało?
Firma upadła po pół roku istnienia. Straciliśmy mnóstwo kasy, utopiliśmy kilka tysięcy euro, ale opłacało się, pomimo iż wypracowaliśmy stratę. Zdobyliśmy za to niezbędne doświadczenie.
Oczywiście, my popełniliśmy kilka podstawowych błędów, które teraz rozumiemy, ale ogólnie rzecz biorąc, oszukano nas. Pierwsza dostawa była w porządku, zamówiliśmy kolejną. Druga natomiast okazała się zawierać wadliwy towar. Po prostu nie świeciło to tak, jak chcieliśmy. Zadzwoniliśmy do nich i poprosiliśmy o przysłanie nowego towaru. Zrobili to, bo uwierzyli nam na słowo. Potem jednak okazało się, że kolejna partia również była wadliwa. Tu pojawił się problem: mówimy im, że ta też jest wadliwa, a oni już nam nie wierzą. My chętnie chcieliśmy się sądzić, ale do którego sądu pójdziemy? Polskiego, czy tam gdzieś, daleko, kiedy my nie mamy nawet osiemnastu lat, a co dopiero funduszy, i po prostu nie możemy sobie na to pozwolić?

Jak kontaktowaliście się z fabryką?
Oni mówią tam po rosyjsku, mi osobiście pomogło to, że płynnie porozumiewam się w tym języku. Jest różnica czasowa, więc czasami musiałem dzwonić jeszcze przed szkołą. Porozumiewaliśmy się telefonicznie, czasem przez skype’a. Piękne w tym było to, że praktycznie w ogóle nie musieliśmy wychodzić z domu.

Jak wyglądał sam produkt?
Sprowadzaliśmy płyn, którym malowało się kwiaty i one potem świeciły w ciemności. Mieliśmy w ofercie zielone, żółte. Czerwone były chyba najfajniejsze, wyglądały jak róże, tak romantycznie. Kupowaliśmy buteleczki bo 200ml po cenie około 80-100 zł. Taką samą buteleczkę, po rozlaniu, sprzedawaliśmy w detalu za 500 zł, w hurcie za 300. Rozlewaliśmy do butelek po 50ml, na kwiat wystarczało 1ml. Kwiaciarz kupował kwiat za 2 zł, nasz produkt kosztował go 2,5 zł, a potem mógł go zamiast za 8 zł, sprzedać za 20 zł. Dlaczego? Wiadomo, to jest drogo, ale kwiat kupuje się kilka razy w roku, to jest dobro luksusowe, można sobie na to pozwolić. Jest to coś wyjątkowego.
W fazie początkowej nie sprzedawaliśmy tego – skoncentrowaliśmy się na tym, jak sprawić, aby to w ogóle działało. To nie jest proste pomalować taki kwiat: trzeba było znaleźć optimum, czyli dowiedzieć się, ile do tego potrzeba tej substancji.  Cała pierwsza partia poszła na testy i na reklamę. Potem zamówiliśmy drugą i rozpoczęliśmy działania marketingowe. Oczywiście wcześniej mieliśmy biznesplan. Maksymilian Pachucki

Na czym polegały wasze działania marketingowe?
Zanim zaczęliśmy działalność, zrobiliśmy badania rynku. Chodziliśmy przez trzy dni w wakacje po Nowym Świecie i ul. Chmielnej i pytaliśmy się ludzi, co sądzą o takim produkcie. To nie była zwykła ankieta; chcieliśmy zrobić coś sprytniejszego. Ja byłem z Kalifornii, mój kolega był z Meksyku i pytaliśmy ludzi na ulicy po angielsku: „Gdzie tu jest kwiaciarnia, bo chcielibyśmy kupić kwiat świecący w ciemności?”. Zadziwiające jest to, że ludzie w większości nie znali tego języka: dresiarze nawet czasami rozumieli, a ludzie, którzy wydawali się być zaznajomieni, nie do końca.
Ludzie bardzo entuzjastycznie do tego podchodzili. 95% wyrażało pozytywną opinię.  Jak się potem pytaliśmy: „A kupiłbyś coś takiego swojej dziewczynie?” lub dziewczyn: „Chciałabyś dostać coś takiego od chłopaka?”, prawie wszyscy potwierdzali. Wiedzieliśmy już, że ludzie to chcieli.
Kwiaciarze mniej. Dlaczego? Musieli się z tym cackać. Musieli malować te kwiaty, to zajmowało wprawdzie około 30 sekund, ale im się nie chciało.

To dziwne. Przecież w ten sposób zwiększają wartość produktu.
Właśnie. W tym miejscu był problem, kwiaciarze niechętnie to brali. Prawie nic nie sprzedaliśmy, skończyło się na reklamie. Chcieliśmy się trochę wycwanić; zauważ że w Polsce jest kilka tysięcy kwiaciarni. Wystarczyło zebrać 20 z nich, sprzedać po kilka buteleczek. Jeżeli ich klienci się na to złapią, a powinni się złapać, skoro jest takie zainteresowanie na rynku, to kupią te kwiaty.  Liczyliśmy na to, że jesteśmy w stanie pośredniczyć w sprzedaży od pięciuset do tysiąca takich kwiatów miesięcznie. Robiliśmy plakaty, żeby właściciele kwiaciarni wieszali je na szybach. Chodziło o to, żeby człowiek idący ulicą zauważył napis: „Kwiaty świecące w ciemności. Zapytaj sprzedawcę”. Jak nie słyszał o nich wcześniej, wejdzie, zapyta. Może kupi.
Zebranie tych 20 kwiaciarni było takim naszym celem , w biznesie trzeba sobie stawiać cele, chcieliśmy go osiągnąć po 2-3 miesiącach działalności. Osobiście odwiedziłem kilkadziesiąt kwiaciarni w Polsce i po prostu sprzedawałem to. Zostawiałem ulotkę, zostawiałem próbkę i cały biznesplan. Założyliśmy stronę internetową, jak również stronę na Facebooku, która okazała się totalną klapą. Nie wiem, jak ludzie się reklamują na Facebooku – mi totalnie to nie wyszło.
Osobiście uważam, że w biznesie trzeba dać ludziom zarobić. Bardzo ważne było dla nas podpisanie kilku kontraktów. Pierwszą umowę chcieliśmy zawrzeć z firmą akwizycyjną – nie wiem czy kojarzysz takich ludzi, którzy wciskają różne produkty na Dworcu Centralnym, pasty do zębów, świeczki, jakieś masażery. Poszliśmy do takiej właśnie firmy, która ma 20 czy 30 oddziałów w całej Polsce – po prostu biur. Powiedzieli, że chętnie coś takiego wezmą. To było trochę po znajomości – rok wcześniej parę tygodni u nich pracowałem, znałem prezesa – mi było akurat tutaj dużo prościej. Już prawie podpisaliśmy kontrakt. Problem polegał jedynie na tym, że gdy przyjechała dostawa, którą mieliśmy im przekazać, okazało się, że jest zepsuta.
Drugi kontrakt podpisaliśmy z siecią kwiaciarni; podobał im się ten produkt, chcieli go brać, ale znowu: produkt był wadliwy.
Z jednej strony można się gryźć, pluć sobie w brodę, że nie wyszło, a przecież miało być tak pięknie. Na tym można zarobić, jak widzisz, to mógłby być naprawdę dochodowy interes, mógłby przynieść 500 tysięcy zysku albo nawet milion. Dlaczego? Jesteś jednostką, wprowadzasz pewną innowację, coś czego nie ma. Trzeba mieć jakiś pomysł. My mieliśmy recepturę tej substancji.

Czy gdybyś mógł cofnąć czas, zająłbyś się tym raz jeszcze?
Ciężko powiedzieć. Zależy, jak na to patrzeć. Kiedy dostałem się do tej szkoły, powiedziałem sobie: „OK, już tu jestem, zajmę się czymś, co mi przyniesie realną korzyść”. Wziąłem się za samodoskonalenie, w pierwszej klasie nauczyłem się sporo o biznesie,  przeczytałem masę książek, nauczyłem się grać na Forexie, jeździłem na seminaria. To też była inwestycja w siebie, jak najbardziej.
W pierwszej klasie się prawie nie uczyłem, dlatego nauczyciele teraz trochę mi dokuczają. W drugiej klasie prowadziłem biznes przez pierwszy semestr, moje oceny wyglądały masakrycznie.

Ale zdałeś.
Tak, ze zdaniem nie było problemu. Z drugiej strony masz rodzinę. Mama nad tobą stoi, każe ci mieć dobre oceny. A kiedy słyszy o jakimś biznesie, gdzie ty wywalasz wszystkie swoje oszczędności, to jest po prostu zła. Jak się dowie, że bankrutujesz, to jest już koszmarnie zła. Dlatego ma to swoje plusy i minusy. Czy bym to powtórzył? Ze względu na doświadczenie, które pozyskałem – na pewno. Czy byłby to ten sam biznes? Nie wiem. Myślę, że był dobry, bo nauczyłem się tego, że tak naprawdę innowacyjny produkt ma szansę odnieść sukces. Zauważ, że w dzisiejszych czasach można sprzedać wszystko – wystarczy umieć. Jest tysiące stron, sklepów, które oferują naprawdę mało wartościowe, nieprzydatne rzeczy. A jednak istnieją – znaczy zarabiają. Bo gdyby nie zarabiały, zbankrutowałyby. To znaczy, że można prowadzić firmę i nie jest to nic trudnego, skoro ludzie z niższym wykształceniem to robią.

Warto zakładać mały biznes?
Ja uważam, że nie. Tego się nauczyłem od mojego ojca, zanim jeszcze zacząłem się tym zajmować: otwieranie firmy dla samego jej posiadania to głupota. Można założyć mały sklep internetowy z książkami i z niego wyżyć, ale jeśli chcesz się wzbogacić – bo pewnie taki jest cel zakładania takich firm – musisz myśleć parę kroków do przodu, wprowadzać innowacje i ryzykować na potęgę. Ja osobiście uważam, że lepiej jest grać i stawiać takie deale, które mają szansę albo odnieść spory sukces, albo upaść. Lepiej zrobić coś takiego, niż wchodzić powoli. Dlaczego? Bo kiedy zakładasz mały biznes, on jest dalej małym biznesem. Dochody z niego są małe, a całą pracę wykonujesz ty lub jeszcze kilku innych ludzi. Jeżeli robisz coś dużego, to dalej większa część roboty jest na twojej głowie, ale masz szansę pozyskać inwestora, który to rozwinie, rozbuduje na większą skalę.

Właśnie, skąd mieliście pieniądze na start?
W własnych oszczędności, a 10%, jak już mówiłem, dorzucił ojciec mojego przyjaciela.

Warto rozpoczynać biznes w liceum?
To jest tak jak z tenisistą. On, żeby być dobrym, musi trenować od 5. roku życia. Chcesz być biznesmenem – nie zaczynaj w wieku 25 lat, po studiach, zacznij dzisiaj. W wieku 17 lat, otwierając własny biznes nauczysz się więcej, niż mając lat 41. Bo to będzie dla ciebie szok. Wywróci do góry nogami twój sposób myślenia i zaczniesz się rozwijać patrząc na życie zupełnie inaczej.

Jak myślisz, czy gdybyś był w innej szkole, byłoby ci łatwiej czy trudniej założyć firmę w drugiej klasie?
Nie, myślę, że ta szkoła jest perfekt. Nie chcesz się uczyć, to się nie uczysz, i tak zdasz. Jak mi nie zależało na ocenach, to nauczyciele po prostu dawali mi spokój. Tyle że uchodzę za osobę niezbyt zainteresowaną szkołą.
Wyszedłem kiedyś na lekcji zadzwonić. Miałem bardzo ważną rozmowę z kontrolą celną, bo mój produkt wisiał na granicy. Biały płyn w buteleczkach – nie wiedzieli, co to w ogóle jest. Musiałem się jakoś dogadać, była lekcja informatyki, wyszedłem do toalety, dzwoniłem przez 10 minut, gadam, gadam, gadam, gadam… Nagle weszła p. Dacko! „Co ty tu robisz?”. Wyciągnęła mnie za ucho, zaprowadziła na lekcję, powiedziała, że rozmawiam przez telefon na lekcji. Po dziś dzień p. Śmigielska mi to wypomina. Nikomu nigdy nie powiedziałem, do kogo dzwoniłem. Poza tym o samej firmie powiedziałem tylko paru moim znajomym.
Poza tym rada dla wszystkich, którzy chcieliby się zająć biznesem w liceum: absolutnie nie chwalić się tym, nie obnosić, nie opowiadać. Szczególnie w kontaktach biznesowych nie przyznawaj się, że masz 18 lat, noś brodę. Jeśli już jesteś na miejscu i to widać, udawaj, że jesteś dystrybutorem, przedstawicielem handlowym, nie mów, że jesteś kimś w tej firmie, albo wręcz, że to twój pomysł. Nie uwierzą, a jeśli już, skażą biznes na porażkę i nie będą chcieli robić z tobą interesów.

Planujesz kolejny biznes w najbliższym czasie?
Tak. Za dwa-trzy tygodnie otwieram nową działalność. Co to będzie? Coś, czego nie ma. Niespodzianka. Rozgłos nie sprzyja interesom.
Masz jakieś rady dla tych, którzy chcieliby otworzyć własną firmę?
Jak już chcemy zrobić biznes, myślmy w perspektywie innowacji, znajdź coś, czego nie ma, zadaj sobie pytanie: „Co ja mogę dać społeczeństwu?”. Jak już wpadniesz na jakiś pomysł, skup się na dystrybucji, sprzedaży, zanim cokolwiek kupisz. Można trochę udawać, grać, jak w pokerze: „Ja już mam, wszystko jest, wystarczy podpisać, jutro będzie dostawa”.
Dla mnie najlepszym sposobem na biznes jest pośrednictwo. Wszędzie można być tylko i wyłącznie pośrednikiem. Zarabia się dużo, nie najwięcej, ale dużo i w miarę regularnie. Ma się też kontakt z całym rynkiem – pośrednik znajduje się w centrum. Poza tym, nie wymaga to dużego poświęcenia czasowego. Może na początku, żeby to wszystko rozreklamować – potem wystarczy komputer, żeby kupować, sprzedawać, robić przelewy.

Warto mieć wspólnika?
Tak, bo jeden drugiego motywuje. To nie jest tak, że na początku się każdemu wszystko chce robić. Trzeba mieć dużo samokontroli, dużą samodyscyplinę i po szkole trzeba codziennie robić coś w tym kierunku. Kolejną rzeczą są konsultacje – dobry wspólnik to taki, z którym się nie zgadzasz. Jeżeli będzie to osoba, która będzie miała non stop takie samo zdanie jak ty, to jest was o jednego za dużo. Ważna kwestia to też podział pracy – jeżeli zajmiemy się jednocześnie szkołą i biznesem, to nie zrobimy wszystkiego sami – to jest pewna sprawa.

Gdzie wybierasz się na studia?
Na pewno do UK. Aplikuję na Oxford, czy się uda… Może do Edynburga. Chcę poznać ludzi z wielu krajów, wiesz, to się potem liczy.

A czym chciałbyś się zajmować po studiach?
Chciałbym w swoim życiu wprowadzać innowacje i myślę, że po studiach chciałbym pracować w IT. Może to będzie jakaś moja spółka. Może pójdę na etat. Myślę, że gdybym poszedł, szybko zostałbym menadżerem a potem członkiem zarządu, nieskromnie mówiąc. Poza tym, kiedy wpadnie mi pomysł na własny biznes, który będzie bardziej perspektywiczny, zawsze mogę go zrealizować. Poza tym samo wprowadzanie innowacji jest dobrym uczynkiem – ułatwiam życie innym ludziom. Może dzięki temu pójdę do nieba.

Ostatnie pytanie: głosowałeś w tegorocznych wyborach parlamentarnych?
Tak.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.

Z Maksymilianem Pachuckim rozmawiał Jakub Mrożek


Powrót...

Wszystkie artykuły z kategorii Wywiady.