Dzisiaj jest 15 grudnia 2017 r. Strefa XIV LO im. St. Staszica

Wybrane artykuły z wydań Staszic Kuriera

Kategoria Felietony.
Felietony: Gdzie Wschód spotyka się z Zachodem
Maksymilian Jabłecki, dodano: 30 października 2012 r. w kategorii: Felietony

Na ostatnim spotkaniu redakcyjnym, kiedy to ustalaliśmy tematy artykułów do następnego numeru, zapytany przez redaktora naczelnego, o czym chciałbym napisać, bez dłuższego zastanowienia odparłem, że chętnie napiszę o Hong Kongu. Przecież byłem, widziałem, nie będzie to problemem. Ale kiedy zastanowiłem się chwilkę dłużej nad treścią, zacząłem mocno żałować, że wybrałem akurat ten temat. Nie chodziło o to, że nie ma o czym pisać, że Hong Kong to nudne miasto. Nie! Wręcz przeciwnie. Zastanawiałem się, jak opisać tę niezwykle barwną, interesującą i zróżnicowaną metropolię na zaledwie trzech stronach...

Najlepiej od początku... Gdy dowiedziałem się, że mam możliwość pojechania do Hong Kongu w ramach uczestniczenia w cyklu treningowym Kadry Narodowej przed Mistrzostwami Świata w żeglarstwie by trenować w tamtejszym Hebe Haven Yacht Club, byłem bardzo szczęśliwy. Nowy kontynent, taka przygoda! Jednak po pewnym czasie przyszły wątpliwości. Miałem polecieć tam sam, mieszkać u nieznanej mi rodziny przez ponad miesiąc... Przecież to Azja, prawie 8 300 km od Polski.. trzeba będzie jakoś ogarnąć program szkolny, przecież jest tam zupełnie inaczej niż u nas w Europie... Jednak z czasem, czytając w internecie i przewodnikach, dowiadywałem się coraz więcej o Hongkongu i oswajałem się z tym pomysłem.

Suche fakty wyglądały tak: Hongkong leży na południowo-wschodnim wybrzeżu Chin, teoretycznie na 234 wyspach, ale większość z nich jest niezamieszkana. Mieszka w nim prawie siedem milionów osób, z czego prawie 96% procent to Chińczycy. Terytorium to przez prawie 99 lat do roku 1997 było pod kontrolą Wielkiej Brytanii. Pozostałością po tym niezwykle długim „epizodzie” historycznym, jest wciąż duża ilość Brytyjczyków tam mieszkających, oraz duża popularność języka angielskiego wśród mieszkańców. Podział administracyjny kształtuje się następująco: Wyspa Hongkong – tu znajduje się najważniejsze miejsce miasta czyli dzielnica Central, którą porównać można do Manhattanu w Nowym Jorku – wielkie wysokościowce i zatłoczone ulice to normalny widok; Koulun – bardzo gęsto zaludniony teren, w którym znajduje się jeden z największych portów handlowych świata; Nowe Terytoria – ogromny teren nazywany „sypialnią Hongkongu” obejmujący północ Hongkongu, oraz okoliczne wyspy, z wieloma parkami narodowymi, do których mieszkańcy przyjeżdżają, aby odpocząć od miejskiego zgiełku.

Pierwsze wrażenia

Kiedy po kilkunastu godzinach lotu wysiadłem na lotnisku i zaczerpnąłem gorącego i bardzo wilgotnego, tropikalnego powietrza, byłem pewien jednego. Następne tygodnie będą niesamowite i na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Przede wszystkim było strasznie, ale to strasznie gorąco. Zapewne miało to związek z tym, że wyleciałem z Polski w listopadzie, kiedy było tylko kilka stopni powyżej zera, a tu na miejscu temperatura sięgała prawie 25 stopni Celsjusza. Zrzucając z siebie kolejne warstwy ubrań, otwierałem coraz szerzej oczy... i tak właśnie zaczął się mój miesięczny pobyt w tym niezwykłym mieście.

Hong Kong wita przybyszów ze wschodu i zachodu ze zręcznością godną iluzjonisty. Na pierwszy rzut oka miasto wydaje się skrajnie zokcydentalizowane – supernowoczesne lotnisko, połyskliwe drapacze chmur w dzielnicy Central, sprawna i nowoczesna komunikacja miejska, czyste ulice, cieniste i ładnie utrzymane skwerki, ludzie interesu w nieskazitelnych garniturach, modne panie z szykiem noszące ubrania z najnowszych kolekcji, a także zatłoczone domy towarowe, w których można kupić wszystkie najnowsze obiekty pożądania. Ale żywiołowość mieszkańców Hongkongu ma swoje źródło w kulturze i tradycji, które są rdzennie chińskie.

Paradoksalnie, właśnie pod rządami Brytyjczyków miasto to stało się najbardziej chińskim z chińskich miast. Gdy w latach 60. i 70. XX wieku na kontynencie szalała rewolucja kulturalna, a czerwonogwardziści Mao Zedonga niszczyli zabytki, tradycje, święta i obyczaje, Hongkong nie zmienił się prawie wcale.
Tętniąca Metropolia

Obecnie w zapuszczonych uliczkach w pobliżu dzielnicy Central rzędem stoją sklepiki zielarskie, oferujące specyfiki w rodzaju wężowego piżma, sproszkowanych pereł, skór jaszczurek i jelenich rogów. Rzemieślnicy w maleńkich, przydomowych warsztatach produkują żetony do zakazanego madżonga, firmowe pieczątki, ozdobne pałeczki, a także trumny. Można zobaczyć sklepikarzy szacujących ceny najróżniejszych gatunków ryżu i herbaty… za pomocą tradycyjnych liczydeł. Rzeźnicy kroją kawałki wieprzowiny, a starsze panie targują się o świeże ryby i inne skarby morza, tak egzotyczne, że na pierwszy rzut oka, a nawet na drugi, nie przypominają żadnego znanego gatunku... W licznych, a niepozornych świątyńkach, przycupniętych w cieniu wysokościowców, wierni palą kadzidła i składają taoistycznym bóstwom w ofierze owoce, po czym słuchają porad wróżbitów, którzy czytają przyszłość z ich dłoni i twarzy. W Parku Wiktorii, który jest największym na wyspie Hongkong pasem zieleni, o świcie i zmierzchu zbierają się tłumy amatorów sztuki tai chi.

Wschód-Zachód

W odróżnieniu od innych azjatyckich miast, gdzie zachodnia kultura postrzegana jest jako zagrożenie dla tradycji, w Hongkongu Wschód i Zachód nie zwalczają się, lecz łączą w jedyną w swoim rodzaju mieszankę. Tutejsi biznesmeni, którym nieobce są niuanse światowego handlu, nierzadko urządzają biura zgodnie ze wskazówkami specjalisty od feng szui (geomancji), co ma zapewnić powodzenie w interesach. Staruszki pragnące, aby ciągle rosła wartość ich akcji giełdowych będących w ich posiadaniu, składają w tej intencji ofiarę w świątyni.


To właśni ten udany związek Wschodu i Zachodu, a także wciąż widoczne pozostałości kolonialnej przeszłości, tworzą niepowtarzalny urok Hongkongu. Tutejsze poszanowanie tradycji i akceptacja zachodniej kultury sprawiają, że poznawanie Wschodu staje się łatwe i przyjemne.

Życie codzienne Maxa hongkończyka

A w  tym wszystkim ja – polski nastolatek. Różnica czasu wynosiła 7 godzin, na początku z trudem przychodziło mi chodzenie spać o 15.00, a wstawanie o 1.00 w nocy, ale szybko przeszedłem aklimatyzację, pokonując „jet lagowy” syndrom zmiany czasu i mogłem wdrożyć się w rytm życia miasta. Pierwsze tygodnie spędziłem u brytyjskiej rodziny mojego kolegi, także żeglarza. Po kilku dniach już bez oporów i błądzenia poruszałem się komunikacją miejską, codziennie pokonując z przesiadkami długą drogę autobusami i metrem do klubu żeglarskiego po drugiej stronie miasta, przy okazji poznając codzienne życie metropolii. Obserwowałem ruchliwą zatokę z dżonkami, wielkie pływające wyspy – restauracje, ciekawych, zabieganych ludzi, którzy w celu zaoszczędzenia każdej minuty ich cennego czasu, zamiast stać w korkach w centrum miasta, korzystają z ruchomych chodników (taśmociągów) wijących się między budynkami na wysokości drugiego piętra. Patrzyłem na piętrowe tramwaje, lewostronny ruch, liczne nowinki techniczne, takie jak niespotykane w Europie szklane bariery wmontowane na zatłoczonych peronach metra, które dla bezpieczeństwa otwierają się dopiero, gdy pociąg zatrzyma się przy peronie. Podczas tych miejskich podróży szybko przywykłem do egzotycznej „muzyki” chińskiego języka.

Oczywiście nie obyło się bez klasycznego zwiedzania takich miejsc, jak słynny budynek banku HSBC, który zadziwia swą futurystyczną konstrukcją i kosztem powstania (miliard dolarów), czy wyprawy na Górę Wiktorii z najsłynniejszą panoramą tego miasta. Miałem też możliwość odwiedzenia stacji telewizyjnej Bloomberg News. Był też czas na rozrywkę w Ocean Park – tu roller-coastery pędzą tak szybko i z takich wysokości, że adrenaliny wystarcza na tydzień... I udało się mi też zobaczyć biało-czarną Pandę, zajadającego bambusy. Wtedy naprawdę poczułem, że jestem w Chinach! Codziennie działo się coś ciekawego – albo powitalne przyjęcie, albo wspólna wyprawa na sushi... To była też wspaniała, praktyczna szkoła angielskiego. Nie jedyna. Ponad miesięczna nieobecność w szkole sprawiła, że sporo czasu w metrze i wieczorami spędzałem przy komputerze i skryptach, a łączność przez Skype’a pozwalała mi na bieżąco realizować program. W międzyczasie oczywiście cały czas trenowałem na Morzu Południowochińskim, brałem udział w różnych regatach, zdobywając miedzy innymi 3. miejsce w Mistrzostwach Hong Kongu.

Pożegnanie z Pachnącym Portem

Był grudzień, życie miasta nabrało jeszcze większego tempa, świateł i barw. Z moimi nowymi przyjaciółmi świętowałem swoje urodziny, a na sam czas świąt Bożego Narodzenia zamieszkałem z kolei u rodziny chińskiej, poznając bliżej kolejne aspekty wielokulturowości Hong Kongu... Tuż po świętach czekała mnie dalsza podróż. Jeszcze nie do Europy.. nie do domu.. prosto z „Pachnącego Portu” poleciałem do Malezji, aby wziąć udział w Mistrzostwach Świata na pięknej wyspie Langkawi. Dopiero w styczniu wróciłem ponownie do Hong Kongu, aby stąd, po wielotygodniowej nieobecności, wrócić wreszcie do Polski. Jako już zupełnie inny człowiek, który mógł powiedzieć, że chociaż trochę, odrobinę poznał kulturę i specyfikę wchodu... Rok później natomiast mogłem cieszyć się, gdy mój przyjaciel z drugiego końca świata, będąc w Polsce z rewizytą, poznawał zabytki Trójmiasta, odkrywał uroki Mazur i teraz ja z uśmiechem patrzyłem na to, jak mój chiński kolega przyglądał się podejrzliwie
bigosowi...


Powrót...

Wszystkie artykuły z kategorii Felietony.